Powstanie Warszawskie zakończyło się 3 października 1944 r. Jedną z jego bohaterek, dziś niemal prawie zapomnianą była Maria z ks. Czetwertyńskich Adamowa hr. Tarnowska (1880-1965), podczas II wojny światowej urzędujący prezes Polskiego Czerwonego Krzyża. To ona dwukrotnie wymogła ustępstwa na Niemcach, którzy zgodzili się na wyprowadzenie ludności cywilnej a następnie, w końcu września, ewakuację rannych. Dzięki temu ocalały tysiące osób.

Dyplomatyczne salony i frontowe lazarety

Maria Tarnowska urodziła się jako córka Włodzimierza ks. Czetwertyńskiego, powstańca styczniowego i zesłańca oraz Marii z hr. Uruskich. Ojca Marii początkowo skazano na śmierć, ale dzięki interwencji u cara wyrok zmieniono na ciężkie roboty w syberyjskich kopalniach. Do Warszawy powrócił w 1867 r., pozbawiony przez władze carskie jakichkolwiek środków do życia, ale opromieniony sławą. Wszystkie panny w stolicy kochały się w „pięknym katorżniku”. „Gdy wrócił, moja matka była jeszcze na pensji. Z drżeniem serca chłonęła opowieści kuzynów i znajomych o dramatycznych losach skazańca. Żyła w nieustannej obawie, że nim ukończy naukę, jej ideał zdąży się ożenić”. W końcu jednak dopięła swego. Para pobrała się i osiadła w majątku Milanów, w ówczesnej guberni siedleckiej.

Księżniczka Maria wyszła za mąż za Adama hr. Tarnowskiego, dyplomatę w służbie Austro-Węgier. Wraz z nim przebywała na placówkach w Paryżu, Dreźnie, Brukseli i Madrycie. Gdy Europę ogarnęła I wojna światowa Tarnowska porzuciła salony dla frontowych szpitali, gdzie pomagała jako siostra austriackiego Czerwonego Krzyża. W Polsce niepodległej, w latach 1919-1920 pełniła funkcję siostry przełożonej ruchomych szpitali polowych Polskiego Czerwonego Krzyża. Otrzymała Krzyż Walecznych. Weszła do Rady Głównej a następnie Zarządu Głównego PCK. W 1923 r. została odznaczona Medalem Florence Nightingale, tj. najwyższym europejskim odznaczeniem za wybitne zasługi w dziedzinie pielęgniarstwa.

Pieniądze z kasyna są niemoralne

Podczas II wojny światowej Maria Tarnowska, jako urzędujący prezes PCK, nie raz i nie dwa potrafiła przeciwstawić się Niemcom. Ryzykowała przy tym życiem, bo hitlerowcy mogli ją w każdej chwili aresztować. Skala potrzeb ludności cywilnej w okupowanym kraju była ogromna. PCK robił co mógł, ale trudności, zwłaszcza finansowe, były wielkie. Gubernator Hans Frank niespodziewanie zaoferował… osobliwy rodzaj wsparcia. Dochody z kasyna w warszawskiej Alei Szucha miały zostać przeznaczone dla PCK. Gdy u Marii Tarnowskiej zjawił się wysłannik gubernatora usłyszał, że organizacja jest wdzięczna za propozycję, ale nie może jej przyjąć, gdyż kasyno samo w sobie jest niemoralne, a podopieczni PCK byliby tym faktem urażeni.

Na reakcję Niemców nie trzeba było długo czekać. Zabroniono przyjmowania nowych członków do PCK, pobierania składek (możliwe były tylko dobrowolne ofiary) i próbowano narzucić nowego prezesa, wskazanego przez władze niemieckie. Do tego ostatniego nie doszło. Polacy odmówili wyboru nowych władz i argumentowali, że istniejący zarząd ma poparcie Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie.

Ratunek dla cywilów i rannych

Podczas Powstania Warszawskiego Maria Tarnowska zaproponowała dowództwu Armii Krajowej negocjacje ze stroną niemiecką dla ratowania cywilów i rannych. Z racji swej pozycji i doświadczenia weszła w skład grupy, która podjęła się rozmów z generałami Rohrem i von dem Bachem. Na archiwalnych fotografiach widać jak starsza pani, z trzema towarzyszami i pod flagą PCK idzie przez morze ruin, aby ratować ludność Warszawy. Jej determinacja, ale i dyplomatyczne umiejętności, były wręcz niezwykłe, co przyznawali nawet sami Niemcy. Protokolant, porucznik Gerhardt von Jordan, zapisał później we wspomnieniach: „W tym momencie, gdy protokół był już gotów, mieliśmy wrażenie, że to nie Polacy kapitulują, lecz my – przed starą hrabiną”.

Gdy po upadku Powstania Warszawskiego ludność szykowała się do opuszczenia miasta Marię Tarnowską poproszono o jeszcze jedną niezwykłą przysługę. Zjawił się u niej wysłannik podziemnego rządu i poprosił, aby wyniosła pieniądze podziemia. Władze konspiracyjne uznały, że Niemcy nie ośmielą się jej zrewidować i umieścić w obozie przejściowym w Pruszkowie. „Ile tego jest? - spytałam, zerkając podejrzliwie na walizkę. - Pół miliona dolarów (…) Niestety, w małych nominałach i dlatego można by pomyśleć, że mamy znacznie więcej. Omal nie zemdlałam.

Pieniądze zaszyto między dwoma ręcznikami, z których powstała kamizelka. Gdy Maria Tarnowska ją przymierzyła stwierdziła, że wygląda jak kobieta w odmiennym stanie, co zwarzywszy na jej wiek wydawało się niestosowne. Postanowiła ukryć tę dodatkową cześć garderoby pod futrem. „Zimno byłoby prawdziwym błogosławieństwem. Niestety, pogoda dopisała i pot lał się ze mnie strumieniami.” – zanotowała po latach. Słusznie przewidywano, że Niemcy nie odważą się rewidować hrabiny. Pieniądze bezpiecznie trafiły do punktu przeznaczenia.

Emigracja i powrót do Polski

Po wojnie nie oszczędzono Marii Tarnowskiej szykan. Została aresztowana przez milicję i trafiła do więzienia w Olkuszu. Zarzucano jej… kolaborację z Niemcami. Po uwolnieniu zajęła się organizowaniem w Krakowie opieki nad byłymi więźniami obozów niemieckich. W 1946 r. wyjechała do Szwajcarii, gdzie zmarł jej mąż. Później wyemigrowała do Brazylii i zamieszkała wraz z synem i synową. Stała się jedną z głównych postaci tamtejszej polonii. Ciągle jednak powracała myślami do Polski. W korespondencji do rodziny pisała: „W najcudniejszym parku głuszec tęskni do kniei”.

W końcu zdecydowała się na powrót. Dzięki pomocy PCK otrzymała niewielkie mieszkanko w Warszawie, gdzie spędziła kilka ostatnich lat życia. Spoczęła na Starych Powązkach w rodzinnym mauzoleum ks. Czetwertyńskich.