Panowanie potomków Władysława Jagiełły na polskim tronie to czasy prowadzące Polskę do szczytu potęgi. Była to burzliwa droga – a zwłaszcza dla pieniądza.

Synowie Władysława Jagiełły odziedziczyli Polskę w skomplikowanej sytuacji monetarnej. Półgrosze i denary marnej próby 0,125 nie cieszyły się zaufaniem, a ich określony prawem wzajemny kurs bywał podważany. Nie miały też szans rywalizować o pozycję w wielkim handlu, zdominowanym przez praskie grosze i złote węgierskie floreny.  Nowemu pokoleniu monarchów przyszło zmierzyć się z tymi wyzwaniami.

Nie sprostał im Władysław Warneńczyk. Gdy pierworodny Jagiełły i jego czwartej, litewskiej żony Zofii zasiadł na tronie w 1434 r., o słabości polskiego pieniądza świadczył zalew falsyfikatów, przywożonych ze Śląska i Czech. Choć podrobienie niedbale wykonanych, ubogich w kruszec monet było banalnie proste, regent młodego władcy kontynuował emisję denarów w fatalnym standardzie.

Ilość wygrała z jakością: tych mało wartych monet wybito za Władysława Warneńczyka prawdziwe krocie – według niektórych szacunków było ich nawet ok. 40 milionów. Ciekawsze okazy Władysław stworzył na Węgrzech, których koronę otrzymał w 1440 r. – wybił tam złote floreny ozdobione czterodzielną tarczą herbową z godłem nie tylko tego kraju, ale też Polski, Litwy i rodu Jagiellonów. Plany wznowienia emisji półgroszy w Krakowie przerwała natomiast śmierć monarchy.

Zamiar ten zrealizował Kazimierz Jagiellończyk (pan. 1447–1492), młodszy brat Warneńczyka i jeden z naszych najdłużej samodzielnie panujących monarchów. Z czasem poskromił również fałszerzy, których szeregi zasilali nawet wysocy urzędnicy, ale wskutek utrzymania marnej próby srebra nie przywrócił zaufania do kursu denara. W polskich dziejach monetarnych zapisał się za to czymś innym.

Pieniędzmi – choć nie swoimi – pokonał Zakon Krzyżacki podczas wojny trzynastoletniej. Gdańsk, Toruń, Królewiec i Elbląg, w dużej mierze napędzające gospodarkę naszego północnego sąsiada, wciąż przeklinały ciężar danin wypłaconych po Grunwaldzie oraz pokoju brzeskim. Coraz bardziej niezadowoleni mieszczanie w 1454 r. wypowiedzieli posłuszeństwo... i poprosili o przyłączenie do Polski. Wobec braku środków na wojnę, król przystał na ten plan pod warunkiem sfinansowania go przez zamożnych buntowników.

Dawne zakonne mennice przestały tłoczyć szelągi wielkiego mistrza (pieniądz ten wraz z półskojcem i kwartnikiem dołączył do krzyżackich brakteatów w późnym XIV w.), umieszczając na nowych emisjach imię Kazimierza. Monarcha wkrótce zezwolił Gdańskowi, Toruniowi i Elblągowi na samodzielny wyrób monet miejskich: nie tylko drobnych fenigów, jak zwano w Prusach brakteatowe denarki, ale też srebrnych szelągów.

Monety złamały potęgę Malborka, gdy nieotrzymujący przez długi czas żołdu najemnicy po prostu sprzedali stołeczny zamek polskiej stronie. Cena wyniosła 190 tys. florenów (do wypłaty, rzecz jasna, w ratach) do podziału wśród trzytysięcznej załogi – była to z grubsza równowartość trzyletniego budżetu królestwa Jagiellończyka.

Menniczą politykę Kazimierza kontynuował jego syn Jan Olbracht – podobno pierwszy polski monarcha pasjonujący się kolekcjonowaniem monet. W czasie krótkiego panowania tego władcy (1492–1501) nie doszło do większych zmian. Na ziemiach Korony nadal emitowane były denary i półgrosze, choć waga tych ostatnich spadła już o blisko połowę, do zaledwie 0,9 grama. Tak lichy rozmiar wynikał z trwającej od 1479 r. działalności zarządcy królewskiej mennicy, Piotra z Kurozwęk. Zepsute przezeń dla własnego zysku monety określano od jego przezwiska piorunkami, a później też półkami.

Numizmatyczne nowości bywają natomiast przypisywane bratu i następcy Jana Olbrachta, Aleksandrowi Jagiellończykowi. Z jego rządami wiąże się szereg legendarnych i rzeczywistych innowacji. Ale o tym opowiemy następnym razem.