Trudno o działalność bardziej intrantną niż nielegalny wyrób pieniędzy. Kto się jej podejmował, mógł liczyć na szybkie bogactwo – gdy jednak dosięgnęła go karząca ręka sprawiedliwości, los takiego śmiałka odstraszyć miał innych od przestępczej drogi. Fantazja średniowiecznych władców w tym zakresie nie znała ograniczeń...

Równie długie jak historia środków płatniczych są dzieje ich podrabiania. Proceder ten zawsze otwierał drogę do łatwej fortuny, jednak w wypadku przyłapania przychodziło zapłacić naprawdę wysoką cenę. Podważanie państwowego monopolu na emisję pieniądza karane było bezlitośnie, a los skazanych służył za odstraszający od występku przykład.

Jak wykrywano falsyfikaty?

Nieoryginalne monety stosunkowo rzadko wykonywano z pełnowartościowego kruszcu. Najczęściej powstawały z tańszych metali pokrytych cienką warstwą szlachetnego tworzywa. W takim wypadku nacięcie lub dobrze nam znane z historycznych filmów nagryzienie pieniądza mogło ujawnić jego nieprawidłowe wnętrze. Pomocne bywało też zbadanie boku krążka, gdzie pozostawały ślady lutowania, łączącego fałszywy wkład z udającymi awers i rewers blaszkami.

Lepszej jakości, jednorodne monety uzyskiwano przez wybicie ich tak samo jak w mennicy. Jedyną różnicę stanowiło zastosowanie stopu o obniżonej zawartości kruszcu. Ponieważ nie zawsze możliwe było rozpoznanie go gołym okiem, warto było podejrzane egzemplarze zważyć – wczesne nominały odpowiadały konkretnym jednostkom masy srebra. Ponadto podrabiane stemple cechował często niedoskonały wzór, jeśli zaś kopii nie tłoczono, a odlewano w formach odciśniętych od oryginałów, to ze względu na termokurczliwość metalu różniły się one od legalnych emisji rozmiarem. Na ich powierzchni można było też dostrzec ślady po bąbelkach powietrza.

Co za to groziło?

Rządy nieskore były do pobłażania fałszerzom. Ekonomiczne skutki ich działań były wszak niebagatelne – dla przykładu w 1888 r. Francja musiała wycofać z obiegu banknoty ze względu na mnogość egzemplarzy nieoryginalnych. Szacuje się, że w przededniu wojny secesyjnej co drugi banknot w USA był podrobiony, popularność funta szterlinga znacznie zmalała zaś w latach drugiej wojny światowej z powodu zalewających rynek niemieckich falsyfikatów.

Ze względu na te konsekwencje najlepszym, co mogło spotkać ujętego fałszerza, była czysta śmierć na szubienicy. Stosowane przed XIX w. kary przemawiały do wyobraźni jeszcze mocniej – na Rusi i Litwie skazanym wlewano wtedy do gardła stopiony metal, pochodzący nierzadko z ich własnych wyrobów. Zachód preferował palenie na stosie oraz kąpiele we wrzącym oleju.

A w Polsce?

Nie inaczej było w Rzeczypospolitej. Statut litewski z 1588 r. przewidywał karę śmierci w płomieniach, a decyzją sejmu krakowskiego egzekucja i konfiskata majątku dotyczyć miały nawet zwyczajowo cieszącej się immunitetem szlachty. O pokazowym charakterze egzekucji świadczy wcześniejsza, piętnastowieczna praktyka oprowadzania skazańca po mieście. Zachował się nawet przekaz opisujący przystrojenie fałszerza w koronę wykonaną z jego falsyfikatów. Wśród kar stosowanych w Polsce w innych okresach wymienić można wyjęcie spod prawa, obcięcie ręki, a także wypalenie na ciele piętna za pomocą rozgrzanej do czerwoności monety.

Współczesna praktyka jest o wiele bardziej humanitarna. Kodeks karny przewiduje sankcje od 5 do 25 lat pozbawienia wolności za produkcję i od 1 do 10 lat za dystrybucję podrobionych pieniędzy. Do tego doliczyć trzeba konieczność zwrotu nielegalnie odniesionych korzyści. Ze względu na surowość kar – i coraz trudniejsze do pokonania środki bezpieczeństwa – przestępcy odwracają się jednak od tej praktyki. Zwracają za to oko ku nowej, mniej ryzykownej branży: podrabianiu wartościowych numizmatów zabytkowych.